Już dawno temu nie to rolnictwo regeneracyjne musi się wykazywać

Celem nie jest dążenie do osiągnięcia drogich, maksymalnych wydajności, lecz oszczędna i stabilna technologia

Mimo że konsekwencje tradycyjnych metod uprawy stają się coraz bardziej widoczne, wciąż słychać pełne podejrzliwości i sceptycyzmu argumenty przeciwko przejściu na rolnictwo regeneracyjne. Plony zbóż i roślin korzeniowych wysiewanych wiosną maleją lub utrzymują się na stałym poziomie, stan naszych gleb uprawnych pogarsza się, a my coraz gorzej radzimy sobie z ekstremalnymi warunkami temperaturowymi i opadowymi. W przeciwieństwie do tego technologia regeneracyjna zapewnia niższe koszty i większe bezpieczeństwo, co sprawia, że to właśnie zasadność stosowania tradycyjnych metod staje się przedmiotem dyskusji. Wywiad Attila Szabóval, a Stowarzyszenie rolników zajmujących się rekultywacją gleby z prezesem (TMG).

System wsparcia sprawił, że rolnicy stali się zbyt wygodni

– W węgierskim rolnictwie uprawa bezorkowa lub uproszczona przez długi czas stanowiła raczej wyjątek niż regułę. Kiedy sytuacja ta zaczęła się znacząco zmieniać?

– Do lat 2010. na Węgrzech rzeczywiście nie było typowe, by gospodarstwa rolne traktowały uprawę bezorkową jako systemowe podejście i codzienną praktykę. Byli eksperymentatorzy, odbyło się kilka wykładów i konferencji, było też kilku bardziej otwartych rolników, ale nie oznaczało to jeszcze szeroko zakrojonej zmiany sposobu myślenia. Moim zdaniem prawdziwy przełom nastąpił na początku lat 2020., a ogromną rolę odegrały w tym ekstremalne zjawiska pogodowe. Susza w 2022 r., a następnie burza piaskowa w 2023 r. były dla wielu rolników doświadczeniem, które otworzyło im oczy. Nagle stało się bardzo widoczne, że coś jest nie tak z naszymi glebami, retencją wody, erozją oraz sposobem, w jaki dotychczas uprawialiśmy ziemię.

Attila Szabó, prezes Stowarzyszenia Rolników na rzecz Odnowy Gleby (TMG)
Attila Szabó: równowaga wodna w atmosferze uległaby całkowitej zmianie, gdyby na co najmniej 2,5 miliona hektarów stosowano w sposób systematyczny rolnictwo regeneracyjne(zdjęcie: TMG)

– A więc to nie tyle teoretyczne, co praktyczne porażki przybliżyły ci ten sposób myślenia?

– Dokładnie. Informacje te dotarły do świadomości społecznej nieformalnie: poprzez artykuły, wykłady, konkursy, przykłady z zagranicy, a przy tym coraz częściej pojawiały się sytuacje, w których każdy na własne oczy widział, że coś jest nie tak. Susze, burze piaskowe, wymywane zbocza, ogołocone szczyty wzgórz, obszary zalane wodą – wszystko to wskazuje na to samo. Bez orki, z roślinnością okrywową, podejście oparte na regeneracji Zainteresowało to wiele osób, ponieważ stanowi rozwiązanie pozwalające jednocześnie na zachowanie wilgotności, ochronę przed erozją oraz poprawę struktury i stanu biologicznego gleby.

– Często mówimy o tym tak, jakby to była nowa moda, a przecież tak nie jest. Na Zachodzie i za oceanem są w tej kwestii znacznie dalej.

– Zgadza się. To nie zaczęło się wczoraj. W Ameryce Północnej i Południowej, w Australii, a także już w Rosji i na Ukrainie stosuje się systemy uprawy bezorkowej lub minimalnej na znacznie większych obszarach niż w Europie. Na całym świecie takie metody uprawy stosuje się na setkach milionów hektarów. W Ameryce Północnej udział upraw bezorkowych wynosi ponad 30 procent, a w Ameryce Południowej i Australii około 60 procent. W porównaniu z tym Europa pozostaje w tyle. Trzeba to powiedzieć: dużą rolę odegrał w tym również system dopłat.

– Wiele osób uważa właśnie, że dotacje pomagają w dostosowaniu się. Czy Pana zdaniem raczej je hamowały?

– Prawda jest taka, że Europa w dużej mierze przespała te 30–40 lat. Nie tylko Węgry, ale cała Europa. Tam, gdzie nie ma dotacji na taką skalę, rolnicy bardzo szybko musieli sami radzić sobie ze swoimi problemami. Trzeba było obniżyć koszty, ograniczyć liczbę przejazdów, zmniejszyć zużycie środków produkcji oraz uczynić uprawę gleby bardziej zrównoważoną. Tam dyktował warunki rynek. U nas natomiast system dotacji często uśpił rolników. Pływały pieniądze, które rekompensowały nawet to, co należało uporządkować w samym gospodarstwie. Stworzyło to bardzo wygodną sytuację i opóźniło zmianę sposobu myślenia. Jeśli można wygodnie czekać, licząc na to, że nawet bez rozwoju technologicznego, unowocześnienia czy dostosowania się do zmian klimatycznych otrzyma się mnóstwo pieniędzy za swoje grunty, to rzeczywiście nie ma motywacji do obniżania kosztów ani modernizacji. To jest minus tego systemu wsparcia.

Pytanie uzupełniające o decydującym znaczeniu

– Co dziś motywuje rolników? Strach przed erozją, niedobór wody, degradacja gleby, koszty związane z azotem, czy może coś innego?

– Najsilniejszą motywacją są dziś nadal pieniądze. To takie proste. Jeśli rolnik wydaje z własnej kieszeni 70–80 tysięcy forintów na hektar, to go boli. Jeśli część tych kosztów pokrywa jakaś dotacja, mniej odczuwa presję, by coś zmieniać. Ale kiedy widzi, że rośnie cena oleju napędowego, drożeją nasiona, drożeją nawozy, drożeją środki ochrony roślin, a przy tym plony nie rosną, a wręcz w wielu miejscach maleją, to prędzej czy później zaczyna liczyć. Właśnie na tym polega jeden z kluczowych elementów myślenia regeneracyjnego: celem nie jest pogoń za maksymalnymi plonami, lecz tańsza, stabilniejsza i bardziej przewidywalna produkcja.

– To bardzo ważne stwierdzenie, ponieważ wielu rolników obawia się, że po przejściu na nowy system ich plony będą mniejsze.

– Zawsze wtedy odpowiadam pytaniem: a czy teraz plony nie maleją? Z powodu zmian klimatycznych na Węgrzech maleją plony nawet uprawianych tradycyjnymi metodami roślin. W wielu miejscach we wschodniej części kraju uprawy kukurydzy praktycznie zanikają. Nie zachowujmy się więc tak, jakby system konwencjonalny był stabilny, a ryzykowna byłaby tylko gospodarka regeneracyjna. Dzisiaj ryzykowne jest właśnie to, że ktoś nie wprowadza zmian. W gospodarkach regeneracyjnych plony nie zawsze są oszałamiające, ale przewidywalność upraw i średnia wielkość plonów są znacznie stabilniejsze. To ma dziś coraz większą wartość.

– Czyli nie należy pytać, na czym polega rolnictwo regeneracyjne, ale raczej, jak długo w ogóle da się utrzymać rolnictwo tradycyjne?

– Dokładnie. Moim zdaniem każdy rolnik powinien w końcu zadać sobie to pytanie. To nie systemy regeneracyjne należy poddawać ocenie, lecz rolnictwo konwencjonalne. Jak długo jeszcze można robić wszystko tak samo jak 20, 30 czy 40 lat temu, skoro w międzyczasie wszystko się zmieniło? Zmieniła się pogoda, zmieniły się koszty, pogorszyła się jakość gleb, zmieniła się konkurencja na rynku światowym, zmieniły się ceny środków produkcji, zmieniła się sytuacja na rynku pracy. A my wciąż upieramy się przy tych samych systemach. Tak dalej nie pójdzie.

Gleba jest również dobrem publicznym – należy ją traktować właśnie w ten sposób

– Z punktu widzenia ochrony gleby, na czym polega największy problem związany z uprawą płodozmianową?

– To, że jest to czynność, która w największym stopniu niszczy glebę. Orkę trudno jest uzasadnić zarówno z ekologicznego, jak i ekonomicznego punktu widzenia. Niszczy ona strukturę gleby, przyspiesza utratę materii organicznej, nasila wysychanie, zwiększa erozję i pochłania ogromne ilości paliwa. Kto prowadzi gospodarstwo na terenach pagórkowatych i co roku traci warstwę uprawową zmywaną przez wodę, nie powinien traktować tego jako czegoś naturalnego. Nie jest też normalne, że wiatr wywołuje burzę piaskową na polu uprawnym. Gleba nie jest zwykłym podłożem uprawnym, lecz dobrem narodowym. Jeśli ktoś obchodzi się z nią nieodpowiedzialnie, pociąga to za sobą konsekwencje, tylko że obecnie nie wyceniamy tego jeszcze odpowiednio.

– Czyli według Pana niszczenie gleby mogłoby mieć również konsekwencje prawne?

– Myślę, że z czasem na pewno tak się stanie. To absurdalne, że za wiele rzeczy można nałożyć grzywnę za naruszenie przepisów dotyczących ochrony środowiska, ale jeśli ktoś przez dziesięciolecia traci warstwę uprawną, to niemal przyjmujemy to jako fakt. A przecież gleby nie da się odbudować z dnia na dzień. Jego odbudowa to kwestia dziesięcioleci, a w międzyczasie tracimy nie tylko fizyczny stan gleby uprawnej, ale także humus, życie glebowe i procesy biologiczne. Marnowanie tego jest grzechem.

– W jaki sposób roślina okrywowa może w tym pomóc?

– Bardzo wiele. Roślinność okrywowa jest jednym z kluczowych elementów systemu regeneracyjnego. Z jednej strony fizycznie chroni glebę przed niszczącym działaniem kropli deszczu i wiatru, pełniąc tym samym rolę ochronną przed erozją. Z drugiej strony zapewnia cień, ogranicza parowanie, a jednocześnie działa jako medium parujące i zatrzymujące parę wodną, co może sprzyjać tworzeniu się małych obiegów wodnych. Gdyby rolnictwo regeneracyjne stosowano systematycznie na co najmniej 2,5 miliona hektarów, całkowicie zmieniłaby się równowaga wodna w atmosferze. Obecnie istnieją grunty uprawiane metodą „czarnej ziemi”, które po nagrzaniu promieniują dodatkowe ciepło do otoczenia. Ponadto poprawia to infiltrację wody i zdolność gleby do zatrzymywania wilgoci. Po trzecie, dzięki swojemu systemowi korzeniowemu odżywia organizmy glebowe, poprawia strukturę gleby, a w przypadku niektórych gatunków można nawet uzyskać efekt spulchniający. Rośliny okrywowe nie są cudownym środkiem, lecz częścią systemu, ale stanowią bardzo skuteczne narzędzie.

– Część rolników postrzega to jednak jako dodatkowy koszt i dodatkowe ryzyko.

– Tak, bo w perspektywie krótkoterminowej tak to postrzega. Nasiona, organizacja, nowa wiedza, nowe możliwości popełnienia błędów. Z drugiej jednak strony mamy mniejszą erozję, lepszą strukturę gleby, lepsze zatrzymywanie wody, więcej materii organicznej, mniejszą erozję wietrzną, a w dłuższej perspektywie może to oznaczać mniejsze zapotrzebowanie na nawozy sztuczne i paliwo. Należy na to patrzeć w kontekście całego systemu, a nie traktować jako pojedynczy koszt. Roślina okrywowa sprawdza się wtedy, gdy nie jest wysiewana dla ozdoby, lecz świadomie włączana do płodozmianu i gospodarki glebowej.

Najważniejsze jest ograniczenie naruszania gleby oraz jej okrycie

– Wielu rolników potrafi już odróżnić uprawę bezorkową od uprawy minimalnej, ale wciąż istnieją pewne nieporozumienia. Jak w skrócie wyjaśniłby Pan różnicę między nimi?

– W każdym przypadku chodzi przede wszystkim o ograniczenie uprawiania gleby. Im mniej naruszamy glebę, tym łatwiej mogą się rozpocząć pozytywne procesy: poprawia się jej struktura, wzrasta aktywność biologiczna, a gospodarka wodna funkcjonuje lepiej. Uprawa minimalna oznacza uprawę na głębokość maksymalnie 10 centymetrów. Na przykład w uprawie pasowej gleba jest naruszana wyłącznie w pasie siewu. Natomiast uprawa bezorkowa idzie jeszcze dalej: praktycznie nie ma tu uprawy gleby, a siewnik pracuje w resztkach łodyg pozostawionych na powierzchni lub w roślinach okrywowych. System ten działa dobrze, gdy zmieniamy nie tylko maszynę, ale i cały sposób myślenia.

– Czy są jakieś czynniki, które mają znaczenie niemal wszędzie, niezależnie od krajobrazu czy rodzaju gleby?

– Tak. Po pierwsze, ograniczenie naruszania gleby. Po drugie, powierzchnia zapewniająca okrycie gleby. Po trzecie, jak najdłuższe utrzymywanie żywych korzeni, czyli niepozostawianie ziemi pustej. Po czwarte, zróżnicowany płodozmian. Bardzo ważne jest również myślenie systemowe, a nie skupianie się na pojedynczym elemencie. Oczywiście nie wszędzie ta sama technologia jest odpowiednia, ponieważ lekka gleba piaszczysta różni się od zbitej gliny, ale kierunek jest ten sam: mniej naruszania gleby, więcej okrycia, więcej życia biologicznego, lepsze gospodarowanie wodą.

– Często podaje się również argument, że rolnik nie jest zainteresowany długoterminową poprawą jakości gleby na dzierżawionych gruntach. Czy to rzeczywisty problem?

– To zjawisko rzeczywiście występuje, ale moim zdaniem nie jest to główna przeszkoda. U nas również znaczna część gruntów jest dzierżawiona, a mimo to uprawiamy je w oparciu o podejście regeneracyjne. Nie chodzi o to, czy grunty są własne, czy dzierżawione, ale o to, czy rolnik jest gotowy zmienić sposób myślenia. Oczywiście dobrze byłoby, gdyby prawo i system wsparcia w większym stopniu doceniały tych, którzy poprawiają stan gleby, a także lepiej chroniły właścicieli gruntów przed odzyskaniem terenów w złym stanie. Jednak największą przeszkodą są dziś raczej przyzwyczajenia i sztywność myślenia.

Wiedza, wsparcie, nastawienie

– Czyli większym problemem niż zmiana technologiczna jest zmiana mentalności?

– Często tak. Część rolników wciąż trzyma się dotychczasowych schematów, nawet jeśli widać już, że nie działają tak jak kiedyś. Każdego roku liczą, że następny sezon będzie lepszy, że wróci dawna pogoda, że jakoś się to rozwiąże. Tylko że to już nie wróci. Klimatu sprzed 10–15 lat już nie ma. A kto opiera swoje gospodarstwo na założeniu, że znów tak będzie, podejmuje bardzo duże ryzyko.

– Wynika z tego, że system wsparcia również powinien ulec zmianie. W jakim kierunku?

– Potrzebne są dwie rzeczy jednocześnie: zachęta i wymóg. Większość rolników motywują dziś przede wszystkim zachęty finansowe. Gdyby systemy oszczędzające glebę, uprawy okrywowe, ochrona przed erozją i ograniczenie płodozmianu otrzymywały wyraźnie widoczne dodatkowe wsparcie, miałoby to ogromne znaczenie. Jednak jeszcze ważniejsze jest istnienie systemu wymagań. Nie może być tak, że nie ma znaczenia, kto co robi, byle tylko w jakiś sposób spełnił minimalne wymagania. Kto naprawdę dba o glebę, niech otrzyma więcej. Kto ją niszczy, nie powinien być nagradzany przez system w taki sam sposób.

– W jakim stopniu edukacja i przekazywanie wiedzy są kwestią kluczową?

– Bardzo. Bez pieniędzy system z trudem się porusza, ale bez wiedzy zmierza w złym kierunku. Nie da się tego załatwić tak, że ktoś kupi siewnik bezpośredni i od razu stanie się rolnikiem stosującym uprawę bezorkową. Trzeba zobaczyć żywe przykłady, zebrać doświadczenia dostosowane do własnego typu gleby i własnych warunków. W Stowarzyszeniu Rolników na rzecz Odnowy Gleby staramy się w tym pomóc: poprzez konferencje, spotkania rolników, praktyczne przykłady, filmy i dzielenie się wiedzą. Każdy, kto naprawdę chce się uczyć, ma dziś do dyspozycji wiele punktów odniesienia. Wszystko to bez dotacji, z własnych środków, ze składek naszych rolników.

– Organizujecie tę społeczność od 2015 roku, a konferencja REAG również wyrosła z tej inicjatywy. Z czego jesteście najbardziej dumni?

– Na to, że w ogóle powstało środowisko fachowe, w którym myślenie regeneracyjne nie jawi się jako jakaś chwilowa moda, lecz jako realna, praktyczna odpowiedź agronomiczna. Ważnym osiągnięciem było również to, że w AKG pojawił się kierunek odnowy gleby. Nie w sposób idealny, nie w gotowej formie, ale mimo to został włączony do systemu, a dla tych, którzy prowadzą gospodarstwa w ten sposób, udostępniono kompensację w wysokości kilku miliardów forintów. To pokazuje, że jeśli wytrwale pracujemy w sposób profesjonalny, może to przynieść rezultaty. Wspólnie z ministerstwem zapewniliśmy wsparcie merytoryczne. Uważam, że ze strony TMG włożyliśmy w to poważną pracę merytoryczną i energię.

Grunty uprawne chronione roślinami okrywowymi i ściółką
Pola uprawne chronione roślinami okrywowymi i ściółką w powiecie Baranya (zdjęcie: Horizont Média/archiwum)

– Co ogólnie rzecz biorąc jest najważniejsze?

– Mogę tylko powtórzyć: nie pytajcie, na co stać rolnictwo regeneracyjne, ale jak długo da się utrzymać obecny system. Fakty wskazują, że nawet w systemie tradycyjnym plony maleją, koszty rosną, gleby ulegają degradacji, a warunki pogodowe stają się coraz bardziej ekstremalne. Nie chodzi już o to, czy należy się dostosować, ale o to, kiedy i jakim kosztem. Im później ktoś podejmie tę zmianę, tym będzie ona bardziej bolesna.

– A więc nie chodzi tu o kwestię ideologiczną, lecz o kwestię przetrwania.

– Tak. Wszyscy powinni w końcu to zrozumieć. Nie chodzi o to, czy komuś podoba się termin „rolnictwo regeneracyjne”, czy nie. Chodzi o to, że warunki w rolnictwie uległy zmianie, a stare rozwiązania już nie sprawdzają się. Można to odkładać na później, można się spierać, można patrzeć na sąsiada, ale w międzyczasie gleba się pogarsza, woda się wyczerpuje, kukurydza w wielu miejscach wypada z systemu, a część gospodarstw w dającej się przewidzieć przyszłości przestanie być zrównoważona. Ochrona gleby, uprawa okrywowa, uprawa ograniczona lub zerowa nie są już dziś ideami niszowymi, lecz koniecznością dostosowawczą.

– Jak Pan/Pani sądzi, czy najbliższe pięć lat może mieć w tej kwestii decydujące znaczenie?

– Moim zdaniem tak. Nie mówimy tu o odległej przyszłości za 10–20 lat. Już teraz wielu rezygnuje, panuje duża niepewność, a lata pełne ekstremów następują jeden po drugim. Ten, kto już teraz zacznie się uczyć, eksperymentować i dostosowywać, będzie miał pole do działania. Kto wciąż czeka na powrót dawnego porządku, może bardzo łatwo obudzić się zbyt późno. Dlatego mówię: rolnictwa regeneracyjnego nie należy wywyższać, lecz trzeźwo rozumieć. Nie obiecuje ono cudów, lecz stabilniejsze podstawy w coraz bardziej niepewnym środowisku rolniczym.

AUTOR: ZOLTÁN KOHOUT